Anka: Myślę, że po doświadczeniu z innymi wybieranymi technikami, to już jest łatwiej. 

Małgosia: Może być! To była moja pierwsza wybierana technika i denerwowałam się małymi błędami. Nie, że coś się nie udało, że się rozjechało… Tylko że tu jest wszystko piękne, duży obrazek ładny, a tutaj jeden taki byk! To było najgorsze. 

Anka: Czy bierzesz się za stare, tradycyjne wzory? Czy je odtwarzasz? 

Małgosia: Tak, odtwarzam tradycyjne stare wzory i pomału próbuję je spisywać. Przybieram się do tego, żeby w przyszłym roku stworzyć coś większego.

Anka: Katalog?

Małgosia: Tak, mam nadzieję, że się uda. Wszystko zależy od tego, ile będę miała swoich zleceń, bo to jest moje źródło dochodu. Cała reszta jest dla zabawy. A żeby robić dla zabawy, to trzeba mieć za co. Za tobą wisi właśnie jeden z tych starych wzorów, który był tkany. Nazywam go: kwiatuszki. Ten wzór, który jest na abażurze, też jest stary. Nie pamiętam, jak był nazywany. Jakieś kwiatki, kwadraty… One są często do siebie bardzo podobne, mają podobną strukturę wzoru. Różnią się wielkościami, tak naprawdę. 

Anka: A majstujesz przy nich? Wykorzystujesz stary element i wplatasz go w zupełnie nową aranżację? 

Małgosia: Tak, staram się takie rzeczy robić. Tak jak mówiłam, żyję z wielonicielnicówki, tworzę chusty do noszenia dzieci, szale. I jak ktoś przychodzi do mnie i mówi: zrób coś innego, to aż żal nie spróbować! Aż żal nie wpleść troszeczkę broszowania, coś tam troszeczkę wybrać listewką, i zrobić po prostu wstawkę tego wzoru. I to jest tylko jako dodatek, nie jest to główny punkt, który od razu się rzuci w oczy. No, chyba że jest to konkurs. W tym roku bram udział w konkursie Magia Tkania, finał był w Łodzi. Było kilka tematów: eliksiry, zaczytana w Magii… Wybrałam ostatnią kategorię i książkę o Harrym Potterze. Zrobiłam duży, broszowany wzór, z porożem jelenia. Ale to było na potrzeby tego konkursu. Chusta oczywiście się spodobała, poleciała dalej. Normalnie jak ktoś przychodzi i mówi: zrób coś, ale nie szalej, to się robi dużo mniejsze formy ozdób. 

Anka: Jasne. Czy uważasz, że jest sens uczyć się tradycyjnych technik tkackich? 

Małgosia: Tak, uważam, że jest sens! To, co robię, wywodzi się przecież od tych tradycyjnych technik. Od czegoś to się zaczynało! Były takie diamenciki, jodełki, te najłatwiejsze podstawy. I wszystkie kolejne wzory czerpały od tego, co było na początku. Więc myślę, że stratą życia byłoby nie próbować innych wzorów i na przykład całe życie klepać tylko coś swojego, jednego. 

Anka: Czy uważasz, że te dawne, tradycyjne tkaniny, mogą się nadal podobać? Czy w tej chwili są postrzegane jako archaiczne i niemodne? 

Małgosia: Spotkałam się z dwiema opiniami. Niektórzy uważają, że tylko stare tkaniny ze starymi wzorami są ładne, a nowoczesna tkanina z tym starym wzorem już się nie podoba. To jest jedna opcja. A druga jest taka, że podobają się stare wzory, ale w nowoczesnych tkaninach, albo w nowoczesnych aranżacjach. Na zasadzie: o, super na torbę, super na abażur, na szal. Więc to troszeczkę dzieli na takie dwie grupy. To jest jedna rzecz. A druga rzecz: teraz tkanina bardzo wróciła. Oczywiście, są te starsze pokolenia, które nadal nie mają szacunku do tkanin. A to wynika z tego, że się obracały w tym, dla nich to była codzienność. Ludzie widzieli tylko trud w tych tkaninach. Tylko to, że matki, babki, ciotki siedziały zimą, jesienią przy tych krosnach i musiały to robić… 

Anka: Tak, a cała rodzina była jeszcze zaangażowana w przewijanie, przędzenie… 

Małgosia: Tak, że dzieci musiały wątki nawijać… Te osoby nie mają do tego szacunku, bo dla nich to jest normalne i kojarzące się jednak z czymś niefajnym, po prostu. Jest to niefajne i tego nie chcą. A są osoby, też ze starszych pokoleń, które nie miały z tym kontaktu. I one mają podejście na zasadzie doceniania, że to jest niesamowite, że jest to rękodzieło, że warto w to zainwestować. Ludzie inwestują w rękodzieło tak jak się inwestuje na przykład w malarstwo. Znam osoby, które kupują ogromne tkaniny przedstawiające różne rzeczy, i wieszają sobie w domu, zamiast obrazów. Więc są bardzo, bardzo różne spojrzenia. Ale mam wrażenie, że to jest tak jak z modą: to się ciągle zmienia. Jak byłam młodsza, nosiłam dzwony, teraz dzieciaki znowu noszą dzwony. Jak moi rodzice byli młodzi, nosili dzwony, a później była przerwa. I to będzie tak ciągle, te kółeczko będzie się zataczało i ciągle będzie się zmieniało: raz będzie tkanina tradycyjna w modzie, raz będzie tkanina nowoczesna w modzie.

Anka: Ale raczej już nie jest tak, że jest to obciach, prawda? Kiedyś to był obciach, kapa tradycyjna, na przykład. A teraz człowiek wyostrza wzrok, widząc tę stylistykę. 

Małgosia: W Polsce – tak. W województwie podlaskim – nadal jest to często traktowane jako obciach. U nas wszyscy znają, widzą, wiedzą. U nas się nie kupuje takich rzeczy. A, bo babka miała na strychu, to po co mam to kupować? Jakąś szmatę? To się kurzy, jak to prać… Autentycznie, z takimi opiniami się spotkałam. 

Anka: Czy korzystasz z komputera do tworzenia wzorów? 

Małgosia: Tak, korzystam z komputera, z telefonu i z tabletu. Na czym się da: na wszystkim mam programy do tworzenia wzorów. 

Anka: A czy masz jakieś ulubione programy, z których korzystasz? 

Małgosia: Korzystam z WeaveIt. Jak ten program kupiłam, nie pamiętam, ile lat temu, przekładam go tylko z telefonu na telefon. Kosztował wtedy kilkadziesiąt złotych, teraz już jest troszkę droższy. Na komputerze mam też program FiberWorks. Zobacz: klikam ten wzór jako przełożenie. Robię sobie podwiąz i klikam deptanie. Widzę, jak ten wzór będzie wyglądał, bo mi się automatycznie powiela. I widzę, że nie ma błędu. Z mojej perspektywy jest to bardzo wygodne. Zdarzało mi się, że brałam książkę, a w książce jest wzór. Przekładam ten wzór i jest byk. Myślę: gdzie ja się pomyliłam? Sprawdzam każdą niteczkę. Wzór, powiedzmy, na 130 nitek. I każdą po kolei sprawdzam, i wszystko się zgadza! Co jest nie tak? Wrzucam w program i okazuje się, że jest błąd we wzorze, błąd w druku. I muszę siedzieć i kombinować: co zrobić, żeby ten wzór wyglądał jak na załączonym obrazku? Bez programu byłoby ciężko. 

Anka: Ale to tylko do wielonicielnicówki. Przy innych… 

Małgosia: Nie, przy innych się nie przyda.

Anka: A jak wybierany wzór, to jak, kratkówka? 

Małgosia: Kratkówka.

Anka: Czy lubisz być nazywana tkaczką, rękodzielniczką, artystką, rzemieślniczką? Jakbyś chciała, żeby o tobie mówiono? 

Małgosia: Jest mi to obojętne, jak o mnie mówią. Autentycznie. Nie przywiązuję się do słów. Ale też nie lubię, jak ludzie mówią za dużo. Na przykład nie lubię, jak mówią o mnie projektantka, designerka. Jest jakaś impreza i mnie przedstawiają: projektantka, designerka, osoba, która projektuje wzory, jest tkaczką, coś tam, coś tam… Uważam, że to jest przerost formy nad treścią. Wystarczyłoby powiedzieć: Małgorzata Kiełkucka, tkaczka. I już. 

Anka: Czyli tkaczka. Dla niektórych ta tkaczka to może być za mało, prawda? 

Małgosia: Nie, nie, nie. 

Anka: Że jakaś babinka sobie siedzi…

Małgosia: Powiem, jakie mam podejście do słowa tkaczka. Dla mnie to słowo jest bardzo ważne. Przez trzy pierwsze lata mojego tkania nigdy nie nazwałam się mianem tkaczki. Uważałam, że nie zasługuję, żeby powiedzieć o sobie, że jestem tkaczką. I dopiero jak był jakiś konkurs, kazano mi wpisać, czy jestem tkaczką, czy po prostu kimś, kto przywiózł czyjeś dzieło. Wpisywałam to i miałam takie: wow, jestem tkaczką! Uważam, że bycie tkaczką to jest wysoki poziom wiedzy. I naprawdę mi było wstyd przez pierwsze trzy lata mówić, że jestem tkaczką. Dopiero później się pomału z tym oswajałam. Tkam od ponad ośmiu lat. I naprawdę jestem bardzo dumna z tego, że jestem tkaczką!

Anka: A czy jest jakaś cecha, która sprawi, że będziemy dobrą tkaczką? A bez niej nie ma co liczyć na sukces?

Małgosia: Myślę, że tak: trzeba mieć samozaparcie. Bez tego, jak ktoś nie ma samozaparcia, usiądzie raz do krosna, coś utka i później nie znajdzie motywacji, żeby znowu usiąść i się wziąć dalej do pracy. Znam osoby, które jeżdżą tylko na kursy. Kurs, kurs, kurs, a później same do niczego nie siadają. I ich życie się toczy od jakiegoś kursu, od warsztatów, do warsztatów. Ja bym nie wytrzymała psychicznie! Jak poszłam na warsztaty z sejpaku, już miałam miliard pomysłów. Nie miałam pomysłów jedynie na wzory ludowe, po prostu miałam miliard pomysłów, co mogę zrobić, ile rzeczy można wytkać, jakie cuda mogą powstać! To nie muszą być tylko symetryczne tematy, które cały czas się odbijają i powtarzają… Kiedy poszłam na perebory nadbużańskie, moja pierwsza myśl: o, mam dziewczynę, która lubi takie klimaty, zrobię jej na chuście paseczek. Wiadomo, że zajmie mi to dużo więcej czasu, bo będzie przełożenie nitek jak na tkaninę wielonicielnicową, a nie tak jak pod perebory… Ale trudno, będę siedziała z listewką. 

Kiedyś miałam taką sytuację: miałam wzór wielonicielnicowy, taki, przy którym nie wychodził splot płócienny. A potrzebowałam ten splot płócienny, żeby zrobić hafty. I ja ten splot płócienny wybierałam listwą. Przez trzy dni na całej długości tkaniny udało mi się wybrać łącznie 15 centymetrów splotu płóciennego. Kwestia samozaparcia, nic więcej! 

Anka: A co jest najtrudniejsze w tkaniu? 

Małgosia: Nie wiem, czy jest coś takiego, co bym uznała za najtrudniejsze, ale jest coś, co jest problematyczne: jak przychodzi do mnie ktoś, kto chce splot składający się z dwóch osnów, echo. Pokazuje jakąś moją tkaninę, która jest tkana w echo, ale pokazuje mi też zupełnie inny wzór, który chciałby uzyskać. I żeby kolory się podobnie przeplatały. To jest najtrudniejsze: ułożenie takiego projektu, żeby spełnił oczekiwania osoby, która do mnie przyszła i zamawia tę tkaninę. 

Anka: Żeby rozwiązać tego typu problemy technicznie? 

Małgosia: Tak, bo jest bardzo dużo obliczeń, bardzo dużo rysunków, bardzo dużo układania. Potrafię myśleć: o, już wiem, wszystko jest super! Idę spać, budzę się rano… Pierwsza rzecz, przed myciem zębów: schodzę na dół, biorę kartkę, kreślę, że to jednak nie tak, to powinnam zrobić inaczej…  To jest najtrudniejsze przy moich projektach. 

Anka: Co jest najfajniejsze w tkaniu? 

Małgosia: Najfajniejszy w tkaniu jest sam proces tkania, ponieważ w moim przypadku przygotowania trwają kilka tygodni. Od momentu, kiedy z kimś zaczynam rozmawiać o tkaninie, przechodzimy cały etap układania koloru, wybierania wzorów, dobierania wątków, dobierania ozdób… I to się ciągnie, no bo się ciągnie… Dla każdego, dla mnie i dla osoby, która zamawia. Później snucie: snucie lubię bardzo, ale to nie jest moje ulubione zajęcie. Później osnowanie, a jeszcze zanim osnowanie krosna: malowanie, pranie. I to wszystko się tak rozciąga… Kiedy już mam osnowę na krośnie, wiem, że wystarczy przysiąść na cały dzień i już będę mogła zacząć wieczorem! Ten pierwszy centymetr płótna, to jest mój cel. Siedzę jak taki Tołdi, zgrabiona przy krośnie, cały dzień, od rana do wieczora. Z przerwami na spacer z psem, na jedzenie, na wyjście do toalety, nic więcej… Tylko po to, żeby wieczorem machnąć dwa razy czółenkiem, żeby zobaczyć, czy się wszystko zgadza. I już jestem zadowolona, bo wiem, że następny dzień będzie tkany!

Małgorzata Kiełkucka tkactwem zajmuje się od początku 2017 roku. Jest samoukiem, który zdobywał wiedzę metodą prób i błędów. W Białymstoku, przy ul. Sienkiewicza 22, prowadzi autorską Pracownię Tkacką, w której organizuje warsztaty dla osób w każdym wieku.

Od 2018 roku uczestniczy w wystawach, festiwalach i wernisażach tkackich organizowanych w całej Polsce.

Niedawno zakończyła realizację stypendium Marszałka Województwa Podlaskiego w dziedzinie twórczości artystycznej, upowszechniania kultury i opieki nad zabytkami na 2025 rok pt. „Wątek na osnowie. Tradycja i nowoczesność”. W ramach wcześniejszego stypendium „Wątek na osnowie” prowadziła cykl warsztatów rękodzielniczych dla dzieci z niepełnosprawnością intelektualną pod hasłem „Tkanie jest dla wszystkich”, co stało się dla niej inspiracją do dalszego nauczania tkactwa.

Na co dzień tworzy pod marką Slavic Wraps, promując ideę rodzicielstwa bliskości. Jej chusty do noszenia dzieci są obecnie obecne niemal na całym świecie. Tworzy tkaniny od podstaw, samodzielnie zajmując się farbowaniem oraz każdym etapem produkcji. Posiada tytuł mistrzowski – Mistrz Tkacz. W sierpniu 2024 roku uczestniczyła w festiwalu Kobiety Wschodu „Venus Sea Blue”, gdzie zaprezentowała swoją instalację „Oblicza wody”.